Wrócę jeszcze na moment do dnia drugiego i wyprawy na Kasprowy. Przez ostatnie 200-300 metrów czułem się trochę jak Bear Grylls. Musiałem radzić sobie z warunkami atmosferycznymi. Aparat był cały mokry a obiektyw zaparował. Nie pomogła torba foliowa ani to że owinąłem go bluzą w plecaku. Brakowało też wody, co przy takim wyczerpaniu organizmu miało duże znaczenie. W takim wypadku polecam... jeść śnieg :-)
No dobra, lecim dzień trzeci... a może przejdę od razu do dnia czwartego ;-) Wstaliśmy rano, coś koło 8 z tego co pamiętam. Naszym celem na ten dzień było Morskie Oko, Czarny Staw i Dolina 5 stawów Polskich. Dojechaliśmy busem do Palenicy Białczańskiej, kupiliśmy bilety wstępu i ruszyliśmy na Morskie Oko. Trasa w jedną stronę ma ponad 9 km. Po drodze, oprócz widoków na góry, najciekawszym punktem są Wodogrzmoty Mickiewicza. Po drodze nie działo się nic ciekawego więc przejdę od razu do Morskiego Oka :-) Doszedłem do niego sam, gdyż znowu się rozdzieliliśmy. Widok był piękny. Jeden z piękniejszych w naszych Tatrach. Byłby jeszcze piękniejszy gdyby nie chmury wiszące nam nad głowami. Niestety nie zobaczyliśmy wierzchołka Rys. Woda w Morskim Oku jest bardzo czysta, widać pływające pstrągi, a kaczki wydają się być oswojone :-) Wokół piękne widoki, kilka wodospadów. Posiedzieliśmy trochę, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i poszliśmy w kierunku Czarnego Stawu. Po drodze jeszcze wiele razy się zatrzymywaliśmy aby pocykać fotki i podziwiać piękno gór. Jednym z punktów był wodospad, Doszliśmy na przeciwny brzeg i postanowiliśmy że ja zostanę, zrobię kilka zdjęć i wrócę pod schronisko. A wszystko dlatego żebyśmy zdążyli wrócić na ostatni bus odjeżdżający z Palenicy :-) W sumie na Czarny Staw było tylko pół godziny wzwyż ale z tak dużym bagażem, trwało by to u mnie dłużej, a czas uciekał. Wróciłem więc do schroniska, poczekałem trochę na resztę i zaczęliśmy powrót. Oczywiście deszcz zaczął już wcześniej padać. W drodze powrotnej zaczęła boleć mnie lewa noga, a konkretnie lewe udo i łydka. Przez to szło mi się wolniej. Jakoś doszedłem do Palenicy, cały mokry i z bólem nogi. Wsiedliśmy w busa, oczywiście zająłem jak najlepsze miejsce stojące. W Zakopanem znalazło się nawet i siedzące ;-) Dojechaliśmy prawie pod nasz domek. Ledwo wysiadłem z tego busa, doszedłem do domku i z zaciskiem zębów wszedłem na poddasze do naszego pokoju.Ból był okropny. Potem jeszcze wyskoczyłem do sklepu po kolację, wróciłem, zjadłem i się położyłem. Mieliśmy tego dnia ponad 20 km w nogach. Spało się dobrze i długo. Obudziliśmy się po 10. Noga nadal bolała i nie wyobrażałem sobie żebym miał gdzieś wychodzić w góry. Ale też nie wyobrażałem sobie siedzenia w pokoju cały dzień. Po 15 czułem się już w miarę dobrze i wyszedłem do centrum. A właściwie dojechałem busem do dworca a dalej na piechotę, przeszedłem przez Krupówki na targ i tam dołączyłem do reszty ekipy. Pochodziliśmy po targu, kupiłem kubek na pamiątkę i oscypki na spróbowanie. Wróciliśmy na Krupówki, pozwiedzaliśmy i postanowiliśmy zajść do knajpy gdzie będzie grała kapela góralska :-) Był to strzał w 10. Restauracja droga, bo za sam kotlet zapłaciłem 20 zł, do tego frytki i piwo (7 zł). Ale raz można zaszaleć :-) Klimat bardzo góralski, wystrój świetny no i ta kapela... jak zaczęli grać to miałem gacie pełne radości i uśmiech od ucha do ucha :-) Posiedzieliśmy tak do... późna :-) a potem poszliśmy dalej. Krupówki nocą też żyją i wyglądają pięknie. Wróciliśmy do pokoju jeszcze później. Był humor, był świetny wieczór, w pokoju jeszcze go nie chcieliśmy kończyć za szybko :-) I tak położyliśmy się spać po 3 ale gdyby nie przymusowa pobudka rano, pewnie siedzielibyśmy dłużej. Musieliśmy niestety wstać wcześnie, dopakować rzeczy i pożegnać Zakopane. I tak po 11 wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy do domu. Po drodze obejrzeliśmy kabaret, trochę się przespaliśmy i w Krakowie obudziły nas tłumy z pytaniem "czy są dwa wolne miejsca?" Droga do Warszawy upłynęła pod znakiem lekkiej zmuły z wyczerpania i ze względu na to że nie byliśmy już sami w przedziale. W stolycy okazało się że na jeden pociąg nie zdążyliśmy więc czekaliśmy na kolejny który miał być za 50 minut. Jednak PKP to PKP i pociąg ów miał opóźnienie 90 minut. O 20:05 podjechał za to nie-TLK jadący do Białegostoku, więc wsiedliśmy w niego. Trzeba było wykupić dodatkowe bilety, a za te których nie wykorzystaliśmy, mieliśmy dostać w kasie zwrot. Znowu było dużo humoru w drodze powrotnej ale czas wspólnej podróży dobiegł końca. W kasie na dworcu odzyskałem pieniądze za bilet - 5 zł :] Kolejne jaja jakie robi sobie z pasażerów PKP. Bo tyle rzekomo kosztuje bilet z Warszawy do Białego. Ostatnie pieniądze jakie miałem wydałem jeszcze na taksówkę i tak oto w niedzielę 12 września dotarłem do domu po 23.
Przyznam szczerze że nie spodziewałem się tyle śmiechu na tym wyjeździe i tyle świetnych żartów :-D Dzięki za ten wyjazd :-) Było pięknie, cudownie, świetnie, extra i jeszcze wiele wiele innych pozytywów :-) Chcę tam wrócić możliwie jak najszybciej, zobaczyć dużo więcej i zdobyć upragnione Rysy !!
skomentuj (1)