Danowskie 2011 2011-07-19 18:16:55

Witojcie po przerwie ! ;-P Niektórzy dopytują czy będę dalej prowadził bloga ale nie jestem w stanie odpowiedzieć na tak trudne pytanie ;-) Po prostu mi się nie chce... Czasami zdarzy się że mnie najdzie wena twórcza, tak jak dzisiaj, to wtedy piszę. Jednak jak widać, wena nie łapie mnie często. No ale miałem pisać o ostatnim wyjeździe do Danio więc piszę...

Wyjazd planowaliśmy od kilku miesięcy. Pomysłodawcami byliśmy jak zwykle ja z Karolem. Jak zwykle był też problem z ludźmi... Chętnych znowu stu pięćdziesięciu, z czego pojechało dziesięciu ;-) - taki rymowany żarcik. 1 lipca zapakowaliśmy się w samochód 
w składzie: Marcin, Paula, Karol i ja. Tego samego dnia dojechali Kondziu z Emilką. W niedzielę nastąpiła wymiana - przyjechała Iga, a pojechały Wasilki ;-) Ale wracając do dnia wyjazdu... Wyjeżdżaliśmy w piękną deszczową pogodę. Samochód zapakowaliśmy
(z roku na rok przybywa rzeczy ;-) ) pod sam sufit. Jechaliśmy, jechaliśmy... aż w końcu dojechaliśmy ;-) Minimum ósmy rok w to samo miejsce. Tak przynajmniej mówi mój podpis na stole w barze z datą roku 2003. Być może jeździłem tam wcześniej ale moja
pamięć tego nie wie ;-) Ja wziąłem ze sobą 10 piw i 2 "połówki", co wedle wcześniejszych założeń, miało mi wystarczyć na cały wyjazd. No cóż, wielkim pijakiem nie jestem, więc spodziewałem się że może jeszcze coś zostanie z wyjazdu. Jak się później okazało, alkohol wchodził mi jak woda i szybko trzeba było uzupełniać braki. Pierwszego dnia nie bardzo pamiętam co robiliśmy ;-) Wiem tylko że byliśmy w barze, być może trochę popływaliśmy, a wieczorem spożywaliśmy trunki "delektując" się przy tym Karola bąkami. Do tego oczywiście paliliśmy grilla, a chętni sprawdzali działanie beer-bonga. Karolowi się nawet ulało :-P (a bo to pierwszy raz ? ;-) )

Drugi dzień spędziliśmy podobnie, no może poza wyjazdem do Suwałk do galerii. Było "zajebiście" ;] O niczym bardziej nie marzyłem niż spędzić dzień w galerii na wakacjach. Ja cykałem fotki, a reszta grała w kręgle i qlki. "Atrakcją" była też sytuacja jak mały chłopiec biegł i napotkał na niewidzialną kłodę pod nogami. Efektem był upadek na twarz, krew, przerażenie matki, moje dreszcze na plecach i być może utrata ząbków. Ale nawet mnie to bolało, jak na to patrzyłem... Na szczęście jakoś wytrzymałem w tej galerii i wróciliśmy do Danio. Wieczorem piwko i te sprawy. Później nastał dzień trzeci - niedziela. Dzień jak zwykle najwcześniej zaczęli Karol z Marcinem (tym Marcinem co pisze tego bloga). Pojedli, popili i pojechali do Augustowa w składzie Kondzio, Emila i dwóch Marcinów. Karol z Paulinem pojechali po Igę. Połaziliśmy trochę po chińskim sklepie i innych takich ;-) Potem poszliśmy na liody. Po lodach dojechała Iga i poszliśmy popykać w gry pod namiot. Nie mogłem sobie odmówić rzucania do kosza ale w tym roku byłem bez formy ;-) Potem poszliśmy nad Necko, po drodze zahaczając o wesołe mistaeczko. Na jeziorze odbywały się zawody "dziwnych motorówek" ;-P Chwilę pooglądaliśmy i poszliśmy na kartingi. Ceny były trochę przesadzone, więc zrezygnowaliśmy. Byliśmy już głodni i wracając do Danio, zajechaliśmy od razu do baru na obiad. Emilka znowu czekała ponad pół godziny na swoje danie, doszliśmy do wniosku że podpadła kucharkom ;-) Pojedli, popili i wrócili do stodoły. Później Wasilki się spakowały i pojechały. Zostało nas pięcioro. I to był dopiero początek... Wieczorem standardowo grill i picie. Piliśmy browarki. Chłopaki nastrugali kijków z jabłonki, a dziewczyny zrobiły szaszłyIGI. Ja wpadłem na pomysł co by zrobić jakiś dzołk. Wziąłem Karola i wynieśliśmy łóżko Marcina na korytarz. Wróciliśmy dalej spożywać ale nie wytrzymaliśmy śmiechu. Dziewczyny się zorientowały że coś nie gra i poszły sprawdzić. Wróciły uhahane :-P Jakiś czas później impreza przeniosła się na owe łóżko. Marcin dalej nie widział że to jego spanie zostało wyproszone z pokoju ;-) Byliśmy już dosyć pijani ale śmiechu była kupa. Rozsypałem orzeszki, to je potem zamiataliśmy. Zebrane orzeszki poleciały przez okno, a za nimi szufelka ;-) Zgwałciliśmy Igę przez kołdrę, ta rozlała piwo, ja spadłem z łóżka, wysłaliśmy Sylwię z Paulą na dziwki ;-) Jakimś cudem wnieśliśmy Marcinowi łóżko do pokoju i poszliśmy spać. Tak przynajmniej pamiętam ten dzień ;-) Rano Karol obudził przed 10. Wstałem, trochę się ogarnąłem, zerknąłem w aparat. Okazało się że powstały poprzedniej nocy 3 filmiki z wyżej wymienionych wydarzeń, a operatorem kamery byłem ja :-P I dobrze się stało że jest taka pamiątka, bo dzięki niej wiem co się działo w nocy :-P Ale w szoku byłem jak zobaczyłem że są te filmiki. Potem baliśmy się je oglądać, bo na początku nie wiedzieliśmy co na nich jest. Na szczęście nie było tak źle... 

Poniedziałek jakoś mijał. Nie działo się nic nadzwyczajnego. Czyli był grill, bar, woda itd. Wieczorem ponownie picie. Tym razem zasmakowaliśmy wódeczki. Najpierw poszła Soplica. Rozpiliśmy ją na 4. Później przyszedł absolwent. Zastanawiam się, kto to gówno kupuje ?? Żeby nie było, ja go miałem z wesela, dlatego postawiłem na stół. Bo tego badziewia pić się nie da :-P Tą flaszeczkę zaryzykowaliśmy z Marcinem na dwóch. Przeżyliśmy. Karol z Pauliną poszli spać koło 24. Piliśmy więc we trójkę - ja, Marcin, Iga. Jak się wódka skończyła to przeszliśmy na piwo. Trochę mnie zmuliło koło 1, więc rzuciłem hasło "idę lać" :-P I tak se "lałem" ponoć ponad godzinę. A poszedłem w tym czasie na mały spacer, a później na pomost. Na pomoście tak mi się przyjemnie siedziało -

cisza, spokój - że sobie przysnąłem :-P Ale nie byłem mocno pijany, po prostu ja lubię posiedzieć w nocy na pomoście ;-) No i tak mnie nie było ponad godzinę chyba, aż mnie Marcin z Igą obudzili. Odprowadzili mnie do naszej "stodoły" ale uparłem się że zostanę i tak też zrobiłem. Oni poszli spać koło 2 a ja poszedłem na pomost. Po 4 jak już słońce wstawało, doszedłem do wniosku że pora się trochę wyspać ;-) Tym razem spałem już w pokoju. Pobudka znowu była przed 10. Okazało się, że jakieś chochliki w nocy pozmywały i posprzątały ;-)

We wtorek przyjechała Ula z Dawidem. Wieczorkiem znowu piliśmy. Było palenie bąków, ping-pong i jak zwykle śmiechowo. Tej nocy nasza trójka wytrwała do godziny 4 ;-) Dobrze się piło, świetnie rozmawiało ale to była ostatnia "noc do późna" ;-) We środę nastały silne deszcze. Sporo posiedzieliśmy w pokoju, nagraliśmy kilka filmików, a przed 17 pojechaliśmy z Karolem i Ulą odwieźć Igiciuchy na PKS w Augustowie. Cały czas lało ale w Augustowie przestało i była całkiem ładna pogoda :-) Pożegnaliśmy Igę, opindoliliśmy lody, zrobiliśmy zakupy i wracaliśmy na wesoło. Były śpiewy i tańce a to wszystko w samochodzie ;-) Ja w dodatku mało mandatu nie zapłaciłem za brak zapiętych pasów, które w dodatku się zacięły :-P Jeśli mnie pamięć nie myli, to tego wieczoru poszliśmy do Ewki na grilla i wódkę... tylko musieliśmy wziąć swoje żarcie i wódkę ;-D Znowu był śmiech, opowiadaliśmy sobie dowcipy, oglądaliśmy zdjęcia na Ewki aparacie :-P a w szczególności jej synową która "skacze sobie po ogrodzie". Tylko ja się pytam, dlaczego bez majtek ? :-D I to tyle na temat środy...

  We czwartek nareszcie była pogoda !! Pierwszy raz na tym wyjeździe. Pół dnia spędziliśmy w wodzie i w sumie to wystarczyło żeby się zjarać. Budowaliśmy zamek z piasku, zasypaliśmy Marcina w piachu. Później byliśmy w barze i na "plaży miejskiej". Już dało się odczuć atmosferę piątkowego powrotu do domu. W dzień wyjazdu korzystaliśmy z dobrej pogody, później zrobiliśmy ostatniego grilla, dopięliśmy wszystko na ostatni guzik i wróciliśmy do domu. Po drodze jeszcze graliśmy w "państwa miasta" "w pamięci" i nie na punkty ;-) I tak właśnie wyglądał ten wyjazd. 

Wracałem do domu niechętnie. Byłem niewyspany i zmęczony tym wyjazdem ale było fajnie. Nie był to najlepszy wyjazd ale dałbym mu 8,5/10 pkt ;-) Kilka lat temu oceniłem jeden wyjazd maksymalnie ale ten najlepszy ciągle przede mną :-) 

Hasła tego wyjazdu:

"przejaśnia się... od trzech dni"

"bahnhoff !!"

"karny jeżyk" - w sumie się nie przyjęło ;-)

"Igiciuchy"

"rowery jadą !!"

"Iglaki"


DZIĘKI WSZYSTKIM, BYŁO ŚWIETNIE !! :-)  

skomentuj (1)

Zakopałer dzień 3-6 2010-09-14 22:32:55

Wrócę jeszcze na moment do dnia drugiego i wyprawy na Kasprowy. Przez ostatnie 200-300 metrów czułem się trochę jak Bear Grylls. Musiałem radzić sobie z warunkami atmosferycznymi. Aparat był cały mokry a obiektyw zaparował. Nie pomogła torba foliowa ani to że owinąłem go bluzą w plecaku. Brakowało też wody, co przy takim wyczerpaniu organizmu miało duże znaczenie. W takim wypadku polecam... jeść śnieg :-)

No dobra, lecim dzień trzeci... a może przejdę od razu do dnia czwartego ;-) Wstaliśmy rano, coś koło 8 z tego co pamiętam. Naszym celem na ten dzień było Morskie Oko, Czarny Staw i Dolina 5 stawów Polskich. Dojechaliśmy busem do Palenicy Białczańskiej, kupiliśmy bilety wstępu i ruszyliśmy na Morskie Oko. Trasa w jedną stronę ma ponad 9 km. Po drodze, oprócz widoków na góry, najciekawszym punktem są Wodogrzmoty Mickiewicza. Po drodze nie działo się nic ciekawego więc przejdę od razu do Morskiego Oka :-) Doszedłem do niego sam, gdyż znowu się rozdzieliliśmy. Widok był piękny. Jeden z piękniejszych w naszych Tatrach. Byłby jeszcze piękniejszy gdyby nie chmury wiszące nam nad głowami. Niestety nie zobaczyliśmy wierzchołka Rys. Woda w Morskim Oku jest bardzo czysta, widać pływające pstrągi, a kaczki wydają się być oswojone :-) Wokół piękne widoki, kilka wodospadów. Posiedzieliśmy trochę, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i poszliśmy w kierunku Czarnego Stawu. Po drodze jeszcze wiele razy się zatrzymywaliśmy aby pocykać fotki i podziwiać piękno gór. Jednym z punktów był wodospad, Doszliśmy na przeciwny brzeg i postanowiliśmy że ja zostanę, zrobię kilka zdjęć i wrócę pod schronisko. A wszystko dlatego żebyśmy zdążyli wrócić na ostatni bus odjeżdżający z Palenicy :-) W sumie na Czarny Staw było tylko pół godziny wzwyż ale z tak dużym bagażem, trwało by to u mnie dłużej, a czas uciekał. Wróciłem więc do schroniska, poczekałem trochę na resztę i zaczęliśmy powrót. Oczywiście deszcz zaczął już wcześniej padać. W drodze powrotnej zaczęła boleć mnie lewa noga, a konkretnie lewe udo i łydka. Przez to szło mi się wolniej. Jakoś doszedłem do Palenicy, cały mokry i z bólem nogi. Wsiedliśmy w busa, oczywiście zająłem jak najlepsze miejsce stojące. W Zakopanem znalazło się nawet i siedzące ;-) Dojechaliśmy prawie pod nasz domek. Ledwo wysiadłem z tego busa, doszedłem do domku i z zaciskiem zębów wszedłem na poddasze do naszego pokoju.Ból był okropny. Potem jeszcze wyskoczyłem do sklepu po kolację, wróciłem, zjadłem i się położyłem. Mieliśmy tego dnia ponad 20 km w nogach. Spało się dobrze i długo. Obudziliśmy się po 10. Noga nadal bolała i nie wyobrażałem sobie żebym miał gdzieś wychodzić w góry. Ale też nie wyobrażałem sobie siedzenia w pokoju cały dzień. Po 15 czułem się już w miarę dobrze i wyszedłem do centrum. A właściwie dojechałem busem do dworca a dalej na piechotę, przeszedłem przez Krupówki na targ i tam dołączyłem do reszty ekipy. Pochodziliśmy po targu, kupiłem kubek na pamiątkę i oscypki na spróbowanie. Wróciliśmy na Krupówki, pozwiedzaliśmy i postanowiliśmy zajść do knajpy gdzie będzie grała kapela góralska :-) Był to strzał w 10. Restauracja droga, bo za sam kotlet zapłaciłem 20 zł, do tego frytki i piwo (7 zł). Ale raz można zaszaleć :-) Klimat bardzo góralski, wystrój świetny no i ta kapela... jak zaczęli grać to miałem gacie pełne radości i uśmiech od ucha do ucha :-) Posiedzieliśmy tak do... późna :-) a potem poszliśmy dalej. Krupówki nocą też żyją i wyglądają pięknie. Wróciliśmy do pokoju jeszcze później. Był humor, był świetny wieczór, w pokoju jeszcze go nie chcieliśmy kończyć za szybko :-) I tak położyliśmy się spać po 3 ale gdyby nie przymusowa pobudka rano, pewnie siedzielibyśmy dłużej. Musieliśmy niestety wstać wcześnie, dopakować rzeczy i pożegnać Zakopane. I tak po 11 wsiedliśmy w pociąg i ruszyliśmy do domu. Po drodze obejrzeliśmy kabaret, trochę się przespaliśmy i w Krakowie obudziły nas tłumy z pytaniem "czy są dwa wolne miejsca?" Droga do Warszawy upłynęła pod znakiem lekkiej zmuły z wyczerpania i ze względu na to że nie byliśmy już sami w przedziale. W stolycy okazało się że na jeden pociąg nie zdążyliśmy więc czekaliśmy na kolejny który miał być za 50 minut. Jednak PKP to PKP i pociąg ów miał opóźnienie 90 minut. O 20:05 podjechał za to nie-TLK jadący do Białegostoku, więc wsiedliśmy w niego. Trzeba było wykupić dodatkowe bilety, a za te których nie wykorzystaliśmy, mieliśmy dostać w kasie zwrot. Znowu było dużo humoru w drodze powrotnej ale czas wspólnej podróży dobiegł końca. W kasie na dworcu odzyskałem pieniądze za bilet - 5 zł :] Kolejne jaja jakie robi sobie z pasażerów PKP. Bo tyle rzekomo kosztuje bilet z Warszawy do Białego. Ostatnie pieniądze jakie miałem wydałem jeszcze na taksówkę i tak oto w niedzielę 12 września dotarłem do domu po 23.

Przyznam szczerze że nie spodziewałem się tyle śmiechu na tym wyjeździe i tyle świetnych żartów :-D Dzięki za ten wyjazd :-) Było pięknie, cudownie, świetnie, extra i jeszcze wiele wiele innych pozytywów :-) Chcę tam wrócić możliwie jak najszybciej, zobaczyć dużo więcej i zdobyć upragnione Rysy !!

skomentuj (1)

Zakopałer dzień 1 i 2 :-) 2010-09-08 23:27:38

Dnia 6 września o 20 wybraliśmy się do Zakopanego na kilka dni męczących wypraw, pięknych widoków i góralskiego klimatu. Dojechaliśmy do Warszawy Centralnej po 22, a w związku z tym że mieliśmy 3 godziny "wolnego", postanowiliśmy spędzić je w McDonaldzie przy kawie i kanapkach. Po 1 w nocy (już 7 września) udaliśmy się na peron. Do pociągu jeszcze trochę czasu mieliśmy więc obmyśliliśmy plan wsiadania do pociągu i zajmowania miejsca przed innymi ;-) Cały ten misterny plan poszedł w pizdu :-P bo nie dość że inni wsiedli przed nami, to w dodatku nie było wolnych przedziałów. W tym momencie impreza się zaczęła... Staliśmy całą drogę w korytarzu przed kiblem (dobrze że nie wydobywały się z niego żadne "zapachy"). W Częstochowie przenieśliśmy się 2 wagony dalej ale tam też zajęliśmy ten sam "przedział" :-) Może miejsce niezbyt ciekawe, snu nie było ale za to była kupa śmiechu, zajebiste pomysły, tańce, śpiewy i odreagowywanie :-) Koło 8 dojechaliśmy do Krakowa, a tam okazało się że musimy zrobić przesiadkę na PKS, gdyż gdzieś na trasie do zakopanego zawalił się mostek i nie było dojazdu kolejowego. I w sumie dobrze się stało, bo dojechaliśmy do Zakopca szybciej niż to było w planie. Busem dojechaliśmy do naszej chaciny. Załatwiliśmy sprawy formalne i ja się przespałem... 10 minut. Potem wybraliśmy się na spacer. Mieliśmy zwiedzić dolinę ale podeszliśmy pod skocznie narciarskie. Po małej konsultacji, zdecydowaliśmy się wjechać na samą górę Wielkiej Krokwi. Kosztowało to tylko 7 zł, a widoki były świetne. W dodatku skoczkowie trenowali więc mogliśmy popatrzeć na to z bliska. Zjechaliśmy na dół i ustaliliśmy że na dzisiaj to będzie tyle... bo byliśmy zmęczeni, niewyspani i robiło się już późno. Przeszliśmy jeszcze Krupówki, gdzie jak zwykle było sporo ludzi, sklepów i atrakcji. Wróciliśmy do pokoju i to właściwie tyle z ciekawszych wydarzeń pierwszego dnia. Poszliśmy spać po 22, mieliśmy wstać o 6 i w razie dobrej pogody wybrać się na... Rysy :-) Rano obudziłem się o 7:30 i "ruszyłem" pozostałą ekipę. A konkretnie to obudziłem, i położyłem się do nich :-) Pogadaliśmy, nie obyło się bez śmiechu i o 10 zwlekliśmy się z łóżka. Po śniadaniu wybraliśmy się na nasz pierwszy szczyt. Pojechaliśmy busem do Kuźnic, a stamtąd wchodziliśmy na Kasprowy Wierch. Dosyć ciężko mi się szło, wiadomo z jakiej racji. Już gdzieś tak na wysokości 1700 metrów (a może trochę wyżej) zaczął się pierwszy śnieg i brakowało sił. Rozdzieliliśmy się i dalej szedłem już sam (nastąpiła zmiana planów). Im było wyżej tym ciężej... zaczął wiać duży wiatr, szlak był już kompletnie pokryty śniegiem a widoczność w chmurach była niewielka. W niektórych miejscach warstwa śniegu miała pół metra. Szedłem więc po śladach ale miałem wrażenie że zboczyłem ze szlaku. Po prawej stronie miałem na oko 60 stopniową przepaść. Poszedłem jednak dalej i okazało się że jednak szedłem dobrą trasą :-) Doszedłem na sam szczyt ale było tak biało że nie było sensu robić zdjęć. Dołączyłem do reszty ekipy, plany powróciły na swój tor, wykupiliśmy bilet na kolej linową (26 zł - złodziejstwo !!) i wróciliśmy do Kuźnic. Chcieliśmy dojechać stamtąd pod naszą chatkę ale taksówkarz chciał z nas zedrzeć po 10 zł za osobę ;] (jaja se robisz człowieku ??). Wsiedliśmy więc w busa i dojechaliśmy na dworzec za 3 zł. Cała ta wyprawa była bardzo ciężka to jednak jestem zadowolony że doszedłem na górę. Niestety odpada nam główny cel pobytu w Zakopanem, czyli wejście na Rysy. Leży dużo śniegu, nie widać szlaków, a w tak kiepskich warunkach, dla nas - amatorów, wyprawa jest zbyt niebezpieczna. Druga sprawa że ponoć szlak na Rysy jest teraz zamknięty. No cóż, szkoda. Jestem jednak pewien że jeszcze tu przyjadę, będzie lepsza pogoda i zdobędę najwyższy szczyt w Polsce :-)

 

P.S. Okazało się że Kubuś Puchatek jest.... menelem. Jak przyjedziecie tu i pójdziecie na Krupówki to dowiecie się o co chodzi ;-)

skomentuj (0)

Kope lat... 2010-08-28 01:03:49

      Witam po dłuższej przerwie. Moja nieaktywność spowodowana była tym że nie chciało mi się pisać. Dziś właściwie też mi się nie chce ale nie mam ochoty jeszcze spać ani robić cokolwiek innego więc naskrobię kilka zdań. A tak będąc uczciwym to przyznam że to pewna osoba namówiła mnie żebym wznowił pisanie, bo ponoć fajnie się czyta moje 
wypociny. To jadziem...
        Od ostatniej notki niewiele się zmieniło. Wakacje były nudne. Jeden wyjazd do Danowskich i to właściwie tyle. Poza tym jakieś pojedyncze wyjazdy to na jedną wieś, to na drugą, to tu, to tam... Przy okazji dowiedziałem się że mam dużo większą rodzinę niż mi się wydawało. Ostatnio wznowiłem też spacery. Zdecydowanie lepiej się spaceruje w towarzystwie ale w moim przypadku jest o to ciężko. Choć czasem towarzystwo dopisuje, to jednak moje potrzeby są większe. Zresztą nie tylko w tym aspekcie. Bo generalnie coraz bardziej mam dość robić coś samemu. Nie jestem z chujwiejakiej planety, też potrzebuję z kimś porozmawiać, spotkać się, pójść gdzieś... krótko mówiąc mam zwyczajne ludzkie potrzeby. Już nie wspomnę (właśnie to robisz Marcin) o tak hardkorowych czynnościach jak przytulenie się, całowanie albo seks. Może starczy już czułości bo facet przecież musi być twardy i musi udawać że jest niewrażliwy, że nic go nie boli, że zajebiście sobie ze wszystkim radzi. Z moich obserwacji wynika że najlepiej być zwyczajnym skurwielem. To się bardzo opłaca. Dobra, styka bo i tak pewnie nie kumacie OCB.
       Tak więc kolejny punkt to fotografia. Od dawna lubiłem robić zdjęcia, a jak spieprzyła  się cyfrówka to czułem się jakbym nie miał jednej ręki. Miałem dylemat, czy wyjechać na wakacje nad jakieś ciepłe morze z krystaliczną wodą (co przecież tak kocham), czy kupić aparat. Wybrałem opcję nr 2 i nie żałuję. Miał to być mój pierwszy dobry aparat którym zrobię od czasu do czasu zdjęcia dla siebie na pamiątkę. Ale okazuje się że może to być moje narzędzie pracy. Kolega zaproponował mi "posadę" fotografa amatora na weselach i innych imprezach. Zgodziłem się po krótkim zastanowieniu. Na początku działam za free i łapię doświadczenie. Jednak bez dobrych obiektywów i lampy błyskowej to na razie wychodzi trzoda. Ale spokojnie, to dopiero początek. Mam zamiar zainwestować w owe dodatki i zająć się tym profesjonalnie. Może jakiś kurs/szkoła, potem obróbka komputerowa i będzie och i ach. Może w niedalekiej przyszłości będę pracował a zarazem robił to co kocham ? Zrobiłem już nawet swoją pierwszą indywidualną sesję zdjęciową, teraz czeka mnie drugie zamówienie. Ale cieszę się z tego powodu bo to lubię. Niech mi się tylko modelki uśmiechają to będzie połowa sukcesu. 

Dobra, spierdalam spać, dobranoc.

P.S. Ma ktoś może jakąś pracę dla mnie ??

  P.S. 2 A tak poza tym to dzięki tym którzy ostatnio przy mnie byli. Wystarczą mi 2 palce u ręki żeby policzyć te osoby. Sprawdza się powiedzenie że "prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie"

 

skomentuj (0)

Trochę wspomnień z armii... ale najpierw... 2010-02-27 01:43:23

To już rok i 4 miesiące. Tyle czasu minęło odkąd wyszedłem z wojska. 06.02.2008 - 29.10.2008 - najbardziej wkur***ne 9 miesięcy mego życia. Jednak staram się wspominać tylko te dobre chwile, których też jednak trochę było ;-) i zwracam uwagę tylko na to, co pożytecznego mi dała służba ojczyźnie ( ;-] ). Od samego wyjścia z MON-u myślałem żeby upamiętnić na kartce to co tam przeżyłem ale założyłem bloga i postanowiłem że tu się pochwalę a także wywalę wszystkie brudy. Jednak do tej pory coś mi przeszkadzało w pisaniu o tym. Dzięki temu każdy z was będzie mógł to przeczytać :-) Jednak zanim rozpocznę konkretne notki, to napiszę dlaczego akurat dzisiaj zachciało mi się pisać.

Otóż przedwczoraj odezwał się do mnie kumpel z którym razem służyłem. wysłał mi link do filmiku. Na filmie pokazana moja jednostka, kilka znajomych twarzy. Ale nie to było najważniejsze. Tematem filmiku był wyjazd żołnierzy do Afganistanu na misję. Misję bojową, z której nie każdy ma możliwość wrócić. Wyjechało kilku moich kolegów i część mojej kadry, w tym prawdopodobnie także mój dowódca "Wawrzon", z którym nie żyłem za dobrze i miałem ciężko ale to przez mój uparty charakter :-) Jednak więcej na ten temat później. Czeka ich teraz 8 ciężkich miesięcy. Jako że jestem człowiekiem, który przeżywa wiele rzeczy (aż za wiele), to i tym razem odczułem w sobie wiadomość o ich wyjeździe. Zostawiają swoje rodziny, będą 8 miesięcy w stresie, z dala od domu, przyjaciół i wolności. Na taki wyjazd z pewnością potrzebna jest silna psychika. Z drugiej strony właśnie tam mogą ją sobie umocnić. Jednak nie każdy jest na tyle silny by przetrwać, z pewnością na każdym się to w jakiś sposób odbije. Będą narażać swoje zdrowie i życie za MARNE 10 tys. zł za miesiąc. Pewnie część z was pomyśli że mi odbiło pisząc "marne 10 tysięcy" ale żadne pieniądze nie są warte życia. Owszem, to dużo jak na polskie warunki ale nie za cenę tego wszystkiego o czym pisałem w ostatnich kilku zdaniach.

Zawsze wkurzało mnie w armii to że jest roboty od groma przy sprzęcie, warty 24-godzinne i wiele innych rzeczy. I myślałem o tym że gdybym miał zostać żołnierzem to takim który jeździ na misje, biega, strzela - ma ciągle podniesiony poziom adrenaliny. (Chyba naoglądałem się za dużo filmów ze Stallone'm). Tylko pytanie czy bym się nie zesrał 7 razy... W sumie mam nadzieję że na to pytanie nie uzyskam odpowiedzi, chociaż kto wie... Ostatnio coś Iran kombinuje z uranem, Ruskim się wszystko nie podoba...

To chyba tyle jeśli chodzi o tą notkę. Mam nadzieje że uda mi się tu kilka ciekawych historii opisać w najbliższym czasie. Ale przede wszystkim mam nadzieję że z Afganistanu wróci tylu ilu wyjechało. Trzymam za nich kciuki.

skomentuj (2)

Święta 2009 2009-12-29 01:52:45

W tym roku wyjątkowo czułem że są święta. Właściwie to za sprawą dobrego humoru, który mnie nie opuszczał na dłuższe godziny, jak to było do tej pory. Chociaż daleko było do idealnej atmosfery rodzinnej, w której czułbym się świetnie, oraz do świąt spędzonych w miejscu które sam wybiorę, to było git.

Zaczęło się od przyjazdu rodziców i spóźnionych 60 urodzin taty. Z bratem zorganizowaliśmy obiad, prezenty, tort, wystroiliśmy chatę w baloniki, wstążeczki i plakaty, które wskazywały z jakiej okazji jest ta impreza. Rodzice przyjechali z 4 i pół godzinnym opóźnieniem, gdyż zima jak zawsze zaskoczyła nasz kraj. Całą tą imprezą zaskoczyliśmy ojca, był uradowany że mu coś takiego zrobiliśmy. Oczywiście żeby mi spieprzyć humor i niedocenić mnie, ojciec powiedział "napracowałeś się" do brata :/ No to bardzo "miło mi się zrobiło" w tym momencie.

Przejdę może już do samych świąt i tego co z nimi związane, czyli np. prezentów. Jak zawsze z prezentami zwlekałem na ostatnią chwilę co przysporzyło mi tylko niepotrzebnego stresu (czy zdążę?). Wyjątkowo poszło z tym wszystkim dobze. Najpierw skupiłem się na tym żeby sobie wypisać na karteczce co komu, a potem zaplanowałem sobie co, gdzie i jak. Miałem odwiedzić 2 galerie ale ku mojej radości, załatwiłem wszystko w jednym miejscu :-D Jeszcze mi się tak nie zdarzyło. 

Nadeszła wigilia. Po powrocie z siłowni szybko zapakowałem prezenty i podłożyłem pod choinkę :-) Po czym oczywiście zostały odnalezione przez odpowiednie osoby. Dla mnie moment wręczania jest wspaniały i przynosi zdecydowanie więcej radości niż branie. Później pojechaliśmy do cioci na kolację wigilijną. Zaczęliśmy wigilię, trochę porozmawialiśmy i znowu Mikołaj wdarł się pod choinkę więc była chwila skupienia na kolejnych prezentach. Pojedli, pogadali i wrócili do domu... gdzie również pojedli. Na 24 rodzice z bratem poszli na pasterkę a ja zostałem w domu i poszedłem spać. Następnego dnia ciocia z babcią miały przyjechać do nas na śniadanie ale w związku z niejeżdżącą windą oraz 10 piętrami na które babcia nie wejdzie, zostały w domu. Więc poświętowaliśmy w swoim gronie. Właściwie nic wielkiego się tego dnia nie działo ale nadal było miło. Wieczorem wyskoczyłem ze znajomymi "pod namiot". Upiłem się za dwóch, przy okazji lekko narozrabiałem o czym dowiedziałem się 2 dni później ale zawsze to na przyszłość będzie się z czego pośmiać. Trzeciego dnia świąt pojechałem do rodziny do Łap, będąc zamulonym jeszcze po wczorajszym wieczorze. A gdy ta rodzina się spotka to nie ma zmiłuj - musi być wesoło. To po rodzinie ze strony ojca odziedziczyłem moje poczucie humoru :-D Żarty sypały się na lewo i prawo a przy samogonie na 56% rośnie liczba żartów i śmiechu o 56% :-D Do tego zawsze znajdzie się ktoś kto pośpiewa kolędy i czuć tą świąteczną atmosferę :-) Nawet do domu wróciliśmy później niż to było planowane.

Podsumowując święta uważam za udane (na 4-). Dobrze że mnie humor nie opuszczał czego sobie i wszystkim innym życzę na kolejne święta. Można było pojeść dania o których się tylko marzy, gdy człowiek mieszka sam. Wypiłem, pobawiłem się i teraz czekam na Sylwestra, który znowu będzie do dupy. Do wszystkiego jedak da się przywyknąć. Pozdro :-)

skomentuj (2)

Where KB24 happens :-) 2009-12-05 08:16:17

Wstałem dziś coś po godzinie 6. Więc pomyślałem że odpalę internet i obejrzę kawałek meczu Lakers - Heat na żywo. Po 7 zwycięstwach nad "lekkimi" przeciwnkami przyszło Lakersom grać z Miami. Spodziewałem się że to nie będzie kolejny mecz w którym do przerwy LA będzie prowadzić 20-oma punktami i tak też było. Gdy włączyłem było 72:67 dla fioletowo-złotych :-) Mecz cały czas był zacięty. Chwilę później, na koniec 3 kwarty był remis. Początek ostatniej kwarty należał do Kobego Bryanta. Najpierw trafił niesamowity rzut za 2 z faulem, dodał do tego punkt z linii osobistych, a potem poprawił rzutem za 3. Kilka miinut później Lakers prowadzili 91:82 i wydawało się że dowiozą spokojnie przewagę do końca. Ale Miami to drużyna z charakterem i walczyli do końca. Przy okazji za drugi faul techniczny wyleciał z boiska Lamar Odom. Na 9 sekund do końca meczu Miami prowadzio już 106:102 i powoli zaczynałem godzić się z porażką. Ale w takich momentach, nie pierwszy raz już, sprawdził się Derek Fisher. Trafił trójkę na 4.3 sekundy do końca i nadzieje odżyły. Było 106:105 dla Heat. Po wznowieniu akcji, Kobe faulował Wade'a, ten stanął na linii osobistych. Nie trafił pierwszego rzutu, drugi z kolei był bezbłędny. 107:105 dla Miami i 3 sekundy do końca. Phil wziął czas i dał instrukcje zawodnikom. Gwizdek sędziego, Artest wybija piłkę do Kobego, ten dobrze kryty przed Wade'a biegnie wzdłuż "łuku" wyskakuje i... zobaczcie sami :-) 



Był to jeden z najtrudniejszych i najdramatyczniejszych game-winnerów jakie w życiu widziałem.

skomentuj (2)

Idą święta, idą święta, (nie) każda buzia uśmiechnięta... 2009-11-30 09:40:58

To niby powinien być jeden z radośniejszych i piękniejszych okresów w roku. Święta Bożego Narodzenia - dla wielu okres radości, spotkań w gronie rodzinnym i czegokolwiek innego pozytywnego. Dla mnie - czas obsrwacji, irytacji, wkur***nia i kilku innych negatywów. Radości w tym z pewnością jest niewiele. Ostatni raz święta dla mnie wyglądały jak święta w... dzieciństwie. Był to rzeczywiście czas radości, choinki, śniegu, prezentów i tego czegoś rodzinnego. Z całą pewnością najbliższe święta nie będą się różnić od poprzednich. Rodzice przyjadą, więc nie będę sam... ale samotny już tak. Bo matka pół dnia będzie spędzać u lekarza, drugie pół w kuchni i przy odkurzaczu. Ojciec pierwsze pół dnia spędzi tak samo jak matka - u lekarza, drugą połówkę - w fotelu czytając gazetę, oglądając TV. Przy okazji nasłucham się pewnie narzekania że nikt nie pomaga. A no pewnie że nikt nie pomaga bo każdy ma takich świąt dość. W mojej rodzinie polega to na tym żeby od 24 do 26 grudnia się nawpieprzać. Między 27 a 30 grudnia dokończyć to co zostało w lodówce. Bo przecież trzeba zrobić tyle żarcia żeby otwierając lodówkę połowa się wysypała. Ostatniego dnia roku i pierwszego dnia nowego roku tradycja nakazuje ponwnie nażreć się do oporu. Takie to u mnie święta. O wyjechaniu gdzieś na święta nie ma oczywiście mowy. Głównie z powodu chorej babci. Więc standardowo spędzę je w tym samym towarzystwie co zawsze. Chyba ze cud się stanie, w co wątpię. Nie żeby mi się cuda w życiu nie zdarzały :-) 

Prezenty... Nie wypada nie zrobić prezentów. Tylko co komu kupić jak się rodziców prawie nie zna ? Sam przez ostatnie lata dostawałem pieniądze. Wiele osób pewnie by chciało dostać pieniądze niż kolejny sweter. A na mnie taki prezent nie robi wrażenia. Myślę sobie "czy nie można włożyć odrobinę wysiłku i kupić coś z czego będę zadowolony ?". Rownie dobrze skoro dostaje pieniądze, to mógłbym zrobić taki sam prezent. Wyobraź sobie jak wygląda sytuacja. Dostajesz np. 100 zł a minutę później dajesz tej samej osobie również 100 zł. Śmiech na sali. Można w takim razie ustalić zasadę że po prostu się nie ośmieszamy i nie robimy prezentów.

Liczę że kiedyś uda mi się zrobić takie święta, o których marzę.

skomentuj (0)

EuroBasket 2009 - Łódź 2009-09-16 23:30:54

Ciężką noc miałem 14 września. Spałem tylko 2 godziny. Tym razem jednak nie zaspałem, a ucząc się na błędach z poprzedniego wyjazdu, miałem już wszystko spakowane na wyjazd do Łodzi :-) Zajechałem na dworzec, kupiłem bilety (w te i wewte ;-) ) i wsiadłem do pociągu. Trochę mnie muliło ale wytrzymałem te 2h40 minut, bo tyle trwała podróż do Warszawy zachodniej. Tam poczekałem godzinę na kolejny pociąg zostawiając przy okazji Żubrowo-Jagowe ślady (Piter wiesz OCB) i spożywając drugie śniadanie. Wsiadłem do pociągu, kierunek Łódź Kaliska. Połowę drogi spędziłem na korytarzu, później miejscówka się zwolniła więc skorzystałem z okazji. Wyścigu o miejsce nie było :-P Dojechałem !! Wyszedłem z dworca, przeszedłem przez przejście i... już byłem pod halą :-D No może nie do końca bo jeszcze musiałem minąć stadion ŁKSu :-) Ale całą imprezę było już słychać z daleka. Udałem się więc w kireunku hali po drodze mijając stragany z pamiątkami narodowymi i innymi gadżetami potrzebnymi każdemu kibicowi :-) Przy okazji spotkało mnie pozytywne zaskoczenie, dziewczyny rozdawały coś co jest wręcz niezbędne komuś kto przyjeżdża pierwszy raz do Łodzi, mianowicie kieszonkowy informator turystyczny z mapą Łodzi i... coś jeszcze ale nie zaglądałem co to :-P Tuż za bramą, na terenie hali, nie mogło zabraknąć namiotów z "atrakcjami". W większości z nich siedzieli Litwini i spożywali nektar chmielowy marki Okocim. Obok można było coś opindolić na ciepło. Kiełbasa ze jedyne 15 zł, szaszłyk 25 zł, na pozostałe ceny wolałem nie patrzeć :-) Ci co nie dostali się na halę, mogli obejrzeć mecz na telebimie. Moją uwagę zwrócił pan ochraniacz, który w swoim bujanym stylu podszedł do dziewczyny malującej barwy narodowe na ciałach ochotników (na oko 10 lat młodszej) i próbował jej czymś zaimponować. Tacy ludzie wzbudzają we mnie tylko śmiech :-) Spotkałem też kilku chłopaków, którzy chcieli zarobić na biletach ale chyba słabo im to wychodziło. Pod halą obejrzałem już wszystko co chciałem, więc udałem się zwiedzić sam budynek :-) Hala z zewnątrz nie wygląda może najlepiej ale przecież nie je się skórki pomarańczy tylko środek ;-) Na bramce panowie sprawdzili czy nie wnoszę w plecaku materiałów wybuchowych lub innych niebezpiecznych narzędzi jakimi są napoje :-) I te właśnie musiałem zostawić w pojemniku znanym bardziej jako kosz na śmieci. Poszedłem dalej, zeskanowali mi bilet i już byłem w "miąższu" ;-) Odnalazłem swój sektor po przeciwnej stronie hali, wszedłem i szczęka mi opadła. "Jakie to wielkie !!". Hala nowoczesna i piękna, nie podobała mi się tylko odległość parkietu od trybun - zbyt daleko. Nacieszyłem oczy i zrobiłem trochę zdjęć. Mimo że siedziałem w pierwszym rzędzie, to spodziewałem się że będę bliżej parkietu. Przede mną był jeszcze sektor VIP-ów, na którym swoje miejsce miała około 25-osobowa grupa prowadząca doping. Zaskoczyła mnie ilość kibiców Lietuvy. Był ich naprawdę ogrom, przywieźli ze sobą bębny i olbrzymią sektorówkę. Na parkiet wybiegli wkońcu Litwini i Hiszpanie. Miło było znowu zobczyć P.Gasola w akcji. Tym razem spisał się znacznie lepiej niż tydzień wcześniej w Warszawie. Po pierwszej kwarcie Litwa prowadziła 24:15 i myślałem że znów Hiszpanie nie pokażą swojej koszykówki i przegają. Jednak to co pokazali w drugiej i trzeciej kwarcie było niesamowite. Od początku drugiej części gry zrobili run 23:0 !! grając przy tym świetną koszykówkę. Blokowali, zbierali, trafiali za 3, mieli kilka ładnych wsadów. Szczególnie wyróżniał się największy gwiazdor Hiszpanii - Pau Gasol. Właśnie takiego chciałem go zobaczyć, z meczu na mecz się rozkręcał, a niektóre rzuty trafiał z niesamowitych pozycji. Po trzech kwartach Espana prowadziła różnicą 21 punktów i wiadomo było ze nic nie jest w stanie odwrócić losów spotkania. W czwartej kwarcie zawodnicy trochę odpuścili i gra już nie była tak piękna. Ale warto było przyjechać żeby zobaczyć to co działo się w II i III kwarcie tego meczu, oraz w spotkaniu na które czekali wszyscy Polacy. W przerwie między meczami poszedłem zwiedzić toalety i stoiska ;-) Zatrzymałem się przy tym które promowało mistrzostwa świata w Turcji w przyszłym roku. Tam jakiś gościu zapytał po angielsku czy brałem już ulotki. Zaświeciłem angielszczyzną odpowiadając "no" ;-D Wręczył mi więc ze 4 ulotki i coś zafoliowanego. Powiedział ze to gra. Odziwo zrozumiałem wszystko co mówił i grzecznie powiedziałem "thank you" :-D Zdecydowanie muszę zapisać się na angielski, mam do niego talent ;-) Poszedłem pod drugie stoisko co by pragnienie zaspokoić. Nie spodziewałem się cen z Auchan ale 6 zł za małą Nestea ?? Złodziejstwo !!! Takie same ceny były coca-coli a mała woda kosztowała 5 zł :-] Wróciłem na swoje świetne miejsce, zrobiłem kolejną serię zdjęć, opindoliłem kanapkę :-) A propo zdjęć, udało mi się zrobić kilka ładnych gdy np. Gasol blokował rzut lub pakował piłkę do kosza. A wszystko to za sprawą dobrego aparatu. Aparatem od Piotrka zrobiłem kilka filmów. Nadszedł wreszcie długo wyczekiwany moment. Wybiegli "nasi". Ogromny aplauz publiczności, który podgrzewał dodatkowo spiker. Do tego utwory rodem z NBA. Kilkakrotnie przeszły mnie ciarki po plecach :-) Było świetnie. Spiker dalej rozgrzewał kibiców. Pierwszy raz widziałem na żywo reprezentację Polski. Później wyszła reprezentacjia Słowenii. Mecz zaczeliśmy dosyć dobrze jeśli chodzi o wynik. Prowadziliśmy 17:10. Później jednak Słowenia zaczęła trafiać do kosza, my z kolei stanęliśmy. Pierwszą połowę przegraliśmy 29:31. Przegywalśmy tylko dzięki naszej nieskuteczności. Gortat nie trafiał dobitek spod samej obręczy. Pomyślałem sobie że po przerwie zagramy lepiej, że tak prostych rzutów nie można pudłować przez cały mecz. W drugiej połowie nasi koszykarze pokazali jednak, że można. Polacy wybiegli na rozgrzewkę, a Gortat wypatrzył flagę z npisem "Gortat na prezydenta - Łomża". Śmiał się z tego i bił chłopakom brawo :-) Po poprzednim meczu w wypowiedzi dla wp.pl mówił żartobliwie że zabrakło mu tego transparentu na hali. Wracając do meczu - chłopaki pudłowali wszystko co się dało, a Słoweńcy grali swoje. Zadawałem sobie pytanie "co się dzieje że kolejny mecz gramy tak słabo a inne zespoły potrafią się podnieść po upadku?". Chaos zaczął panować nie tylko na parkiecie ale także przed naszym sektorem. Bębniarze grali jedno, a grupa 4-5 "prowadzących doping" osób biegała przed nosem, darła się i śpiewała co innego. W końcu nie wiadomo było co robić. A nasi dalej grali tragicznie. Mecz przegrali 16-oma punktami. Dobrze że chociaż my kibice pokazaliśmy się z dobrej strony :-) Po meczu zmieniłem sektor żeby zrobić kilka zdjęć z bliska i zdobyć autograf. Czekałem parę minut aż wyjdzie Marcin i się doczekałem... ale niestety zatrymał się przy dziennikarzach i udzielał wywiadów przez jakieś 40 minut. Do kibiców tym razem nie podszedł. Byłem zawiedziony. Kilka autografów rozdali za to Szymon Szewczyk i Krzysiek Szubarga. Podjąłem decyzję żeby opuścić halę bo może uda mi się wrócić wcześniej do domu. Niestety okazałem za mało zdecydowania. Zostało mi jakieś 12 minut do pociągu ale musiałbym jechać taksówką na drugi dworzec. Wątpiłem że ten "myk cyk pyk" się uda i poszedłem na dworzec przy hali. Tam w okienku sympatyczna pani poinformowała mnie z uśmiechem na twarzy że już dzisiaj żaden pociąg do Warszawy Centralnej nie odjeżdża. Została opcja czekać na dworcu, wrócić pod halę lub jechać na dworzec Łódź Fabryczna. Wybrałem tą pierwszą. A że do najblizszego pociągu miałem 7 godzin więc wykonałem telefony do dwóch osób, rozmawiałem w sumie 70 minut :-P Później przeglądałem zdjęcia w aparacie, gdy podeszła do mnie piękna miejscowa dziewoja i poprosiła żebym dał jej skorzystać z telefonu bo nie miała $$ na swojej komórce a pilnie potrzebowała zadzwonić. Zrobiłem więc dobry uczynek i dałem jej tą moją rozwaloną NOKIE 3310 :-D Skończyła rozmawiać, podziękowała, porozmawialiśmy chwilę i "uciekła" z dworca ;-)... Nie, nie zakochałem się. Zostało mi niecałe 6 godzin więc zająłem się dalszym oglądaniem zdjęć i przeglądaniem ulotek. Poszedłem też sprawdzić czy rowery stoją i na krótki spacer po dworcu :-) Gdybym sprawdzał te rowery jakieś 10 sekund później to obawiam się że drogo by mnie to wyniosło, bo strażnicy wiejscy się pojawili na horyzoncie. Właściwie to nie wiem jak to się stało że tyle godzin minęło mi tak szybko. Przed 4 pomyślałem sobie że pora zmienić dworzec na Łódź Fabryczna, z którego odjeżdżał mój pociąg. Wsiadłem więc w taksówkę, rozmowa z kierowcą kleiła się jak nigdy. Jednak za tą przyjemność zapłaciłem 27 zł, chociaż jazda trwała jakieś 10 minut. Przy okazji dowiedziałem się że obok dworca PKP jest PKS z którego po godzinie 3 miałem autobus... dobrze wiedzieć na przyszłość :-) A po dotarciu do Łodzi Fabrycznej okazało się że dworzec jest zamknięty w godzinach 0-4 więc byłem wniebowzięty że nie pojechałem tam od razu po meczu.Natomiast współczułem kibicowi który czekał tam przez całą noc. Dworzec otworzyli, kilkuosobowy tłum wbił się, ja zostawiłem "pamiątki" i wsiadłem w pociąg. W przedziale też zostawiłem "pamiątki" ;-) 4:51 pociąg ruszył i zaczęła się moja podróż powrotna do domu. W Skierniewicach wsiadło do mnie 5 osób. Miałem wrażenie jakby w innych przedziałach nie było miejsca, tylko w moim. Coś jak we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Dobrze że chociaż dziamgolenia nie było ;-) Wszyscy się pospali tylko ja byłem "trzeźwy" chociaż druga noc z rzędu nieprzespana. Dojechałem do Warszawy wschodzniej i poszedłem sprawdzić o której mam pociąg. Miał być za 45 minut ale nie byłaby to Warszawa wschodnia żeby się pociąg nie spóźnił !! O 8 wsiadłem do pociągu (planowo 7:34). Podróż była zamulona, trochę przysypiałem ale za chwilę się budziłem. Nagle obudził mnie trzask otwieranych drzwi. Moim oczom ukazał się facet który się do mnie dosiadał. Wkurzonym głosem zapytał "czemu ten pociąg się tyle spóźnił?" Ja patrzę przez okno a to dworzec w Białymstoku :-) Mało brakowało a pojechałbym do Suwałk. Wysiadłem więc i takim oto sposobem byłem o 11 w Białymstoku (godzinę później niż powinienem !!). Ale cała podróż i czekanie na dworcu w Łodzi nie było złe. Po tym co przeżyłem w wojsku to pikuś :-) Po dojechaniu do domu nie było innej opcji, tylko spanie. Spałem we wtorek, spałem we środę. Ale to co przeżyłem w Łodzi zostanie mi w pamięci na zawsze :-) Polecam każdemu takie wyjazdy, sam chętnie wybiorę się jeszcze kiedyś do Łodzi. Ale narazie przede mną Katowice.

Dziękuję wszystkim za wytrwałość w czytaniu tej notki :-)

skomentuj (1)

EuroBaket 2009 - Warszawa 2009-09-08 23:56:07

Pierwszy dzień Mistrzostw Europy, miałem wstać o 8 i spokojnie się przygotować ale zaspałem :-P Wstałem o 10 i wszystko musiałem robić na szybko bo o 12 pociag do stolycy. Ale jakimś cudem zdążyłem :-) O 14:30 dotarłem na miejsce, standardowo już zwiedziłem okolice dworca, odnalazłem przystanek "Podlasie Express" pod pałacem kultury, z którego miałem powrót do domu. Było to moje wybawienie, bo gdyby nie autokar o godzinie 00:45 to czekałbym do 7 rano na pociąg (a zdarzało się już w przeszłości). Przy okazji zrobiłem trochę zdjęć i pojechałem na Łazienkowską. Tam obok hali było można obejrzeć na telebimie mecze z innych miast, pograć w kosza, opindolić coś na ciepło i wypić browara w specjalnie postawionym namiocie (coś a'la Polana). Zaskoczony byłem ilością kibiców ze Słowenii, większość  w koszulkach swojej reprezentacji, z flagami, barwami na twarzy :-) Zrobiłem kilka zdjęć i postanowiłem zająć swoje miejsce na Torwarze. Przy wejściu czekała mnie niemiła niespodziewanka. Pan w czarnych spodniach i żółtej koszulce z napisem "ochrona 'Zubrzycki' " powiedział że "z tym aparatem pan nie wejdzie". Po chwili dyskusji udałem się do depozytu żeby zdać ten oto "profesjonalny" aparat. Fajnie że miałem jeszcze ledwo żywą cyfrówkę. Wkurzyłem się dosyć mocno no ale cóż, nic nie zrobisz. A w gaciach przecież nie wniosę :-) Podejście nr 2 do wejścia... okazało się że napojów też nie można wnieść. Mała woda poszła na marnację ale udało mi się schować skutecznie w plecaku bezcenną puszkę coli ;-) Pan ochraniacz wymacał mój plecak i puścił. metr dalej jakaś nastolatka zeskanowała mi ticket i puściła dalej. W środku widziałem jakieś KFC, fan-shop ale nigdzie nie widziałem "straganu" z napojami chłodzącymi (po prostu umknęły moim oczom - bo wiem że były). Zająłem miejsce na hali, siedzenia były niewygodne, miałem wrażenie że są stworzone dla dzieci. Kolana miałem wepchnięte w plecy gościa siedzącego przede mną. Po chwili hala zaczynała się zapełniać. Słoweńcy już przy około 20% zapełnionej hali zaczęli rozgrzewać gardła. Już wtedy było głośno i zrobiło to na mnie spore wrażenie. Była też garstka kibiców z Hiszpanii. Serbów nie rozpoznałem :-) Pierwszy mecz Słowenia - UK własciwie mało mnie interesował. Doping Słoweńców był niesamowity. Słabo zagrali Anglicy, gubili piłkę, nie umieli skonstruować akcji. Pops Mensah-Bonsu coś próbował ale w końcu przestało mu wychodzić. Po pierwszym meczu poszedłem się przewietrzyć i rozprostować. Po chwili rozgrzewkę zaczęli Hiszpanie i Serbowie. Szczególnie byłem podekscytowany tymi pierwszymi. Chciałem zobaczyć w akcji Pau Gasola z moich Lakers :-D Niestety zaczął on mecz na ławce rezerwowych. Po paru minutach, gdy Hiszpanii nie szła gra, wszedł i pokazał się z dobrej strony rzucając 6 pkt. Jednak to były jego jedyne dobre minuty w ataku w tym meczu. Później grał już bardzo źle. Nie trafił 8 rzutów osobistych z rzędu !! (w tym jeden powtórzony). Ale usprawiedliwiam go kontuzją którą leczył przez ostatnie tygodnie. Cały mecz dominowali Serbowie, jedynie w 4 kwarcie Hiszpanie próbowali nawiązać walkę i może gdyby mecz miał 5 kwart, to by Hiszpanie wygrali ;-) Trochę byłem zaskoczony przegraną Hiszpanów ale nie to było dla mnie najwazniejsze. Po prostu chciałem zobaczyć te gwiazdy w akcji. Po meczu poszedłem odzyskać aparat i próbowałem złapać taxi :-) Ale nie było to łatwe w momencie kiedy jakieś 4 tysiące kibiców chce gdzieś dotrzeć. Jednak dosyć szybko udało mi się i po parunastu minutach byłem pod pałacem braku kultury i nieuków. Miałem jeszcze ponad godzinę do autokaru więc pocykałem kilka fotek. Zaczepił mnie jakiś bezdomny chłopak (na bank młodszy ode mnie). Prosił o parę złotych. Mówił że nie zbiera na narkotyki, tylko na jedzenie ale to było po nim widać. Nie zwykłem ufać bezdomnym i dawać im pieniądze bo często ci "bezdomni" trzęsą się z braku % albo "kompotu". Jednak jemu zaufałem. Pogadaliśmy chwilę, poszedł poszukać jedzenia w kontenerze a mi się pzypomniało że mam jeszcze kanapki, więc mu je oddałem gdy wracał. W końcu przyjechał autokar. Uwielbiam jeździć w nocy autokarami :-) Fajnie się jechało ale zmęczenie dało o sobie znać i ostatnią godzinę przespałem :-) Obudziłem się tylko 2 razy jak autokarem rzuciło :-P Wtorek prawie cały przespałem. Środę podobnie :-) Nie miałem siły jechać do Wrocławia na mecz Polska-Turcja. Zmęczenie i ból kręgosłupa dały mi się we znaki :-) Poza tym i tak zobaczę Polaków w przyszłym tygodniu więc podjąłem dobrą decyzję :-)

 

 

skomentuj (2)

Eurobasket 2009 Polska :-) 2009-08-01 17:37:42

Zbliża się impreza na którą czekałem... może nie było to moje największe marzenie ale jestem podekscytowany że obejrzę kilka gwiazd NBA i naszą gwiazdę Orlando - Marcina Gortata :-) Będą to jednocześnie pierwsze mecze międzynarodowe jakie obejrzę na żywo. Z piłką nożną w Niemczech nie wyszło ale tam szanse na dostanie biletu były znikome :-P Na "szczęście" kibiców basketu jest zdecydowanie mniej. Pierwsze 2 bilety zamówiłem w kwietniu - na mecze rundy kwalifikacyjnej i grupowej. Wybrałem opcję oszczędnościową wierząc że Polacy wyjdą z grupy i zobaczę ich w późniejszej rundzie, więc nie zamawiałem biletów na fazę grupową z udziałem naszych. W kwietniu nie myślałem też jeszcze o finale. Już w lipcu okazało się że będzie stać mnie na kolejne mecze. Dlatego szukałem biletów na allegro i eventim'ie. Na szczęście wczoraj dostałem wiadomość że druga pula będzie sprzedawana 1 sierpnia tj. dzisiaj :-) Miałem dylemat czy jechać na wieś z samego rana, czy zostać w domu i zagryzając paznokcie czekać aż się pojawią wejściówki. Zostałem i jak się później okazało - słusznie. Bo bilet na mecz grupowy Polaków fuksem udało mi się zdobyć. Do tego zakupiłem jeszcze wejściówki na mecz o 3 miejsce i FINAŁ (!!) w Katowicach. W sumie mam obejrzeć live 8 meczów. A miasta w których się one odbędą to Warszawa, Łódź, Wrocław i wspomniany już finał w Katowickim spodku. Noclegów na miejscu nie przewiduję więc podejrzewam że będą to ciężkie 2 tygodnie z brakiem snu :-) Ale myślę że będzie to niezapomniana impreza. Mam też nadzieję zwiedzić trochę przynajmniej Wrocław. Po powrocie pewnie podzielę się wrażeniami. A może GO!!rtat odda mi swoje spocone buty po meczu ? ;-)

skomentuj (2)

Danio wyjazd 4 - prawie jak american pie 2009-07-16 23:46:12

Dla silnie oczekujących na notkę o wyjeździe nr 3 - notki nie będzie :-P

Wyjazd był trochę zamulony co nie zmienia faktu że działo się też sporo ostro zakręconych rzeczy. Pić się nie chciało bo... nie było z kim ? nie było chęci ? żołądek bolał ? Pewnie gdyby było z kim to znalazły by się chęci, a o żołądku bym zapomniał ;-) Pojechaliśmy w 5 osób (2m+3k). Jak zwykle śmiechowo było już w drodze. Pół trasy gniliśmy z hasła "złoooo" :-P które kilka lat temu powtarzał pan Marek i zapamiętaliśmy go głównie za to :-P

Pogoda ogólnie była świetna ale ekipa mało zgrana. Już pierwszego wieczora wkurzyłem się na Foszkę (tak, znowu na ciebie !!) i spędziłem go sam wypatrując gwiazdy i pisząc smsy. Na koniec jeszcze z Sylwią & Gosią pogadaliśmy chwilę. Następny dzień wyglądał już nieco lepiej, popływaliśmy, byliśmy w barze, zrobiliśmy grilla. We środę wybraliśmy się na rower wodny. Jak zwykle było git ale nie wszystkim podobało się że stoimy w miejscu na środku jeziora zamiast pedałować. Z kolei wcześniej nie podobało się to że siedzieliśmy na polu i nic nie robiliśmy. I tak źle i tak niedobrze. Poza tym rower dziwnie zaczął się przechylać w jedną stronę i musieliśmy ratować titanica przed zatonięciem :-) Z początku myślałem że to ja przeważam wagą nad 4 osobami ale okazało się że nabieramy wody w lewą płozę ;-) Wieczorem mieliśmy robić ognisko ze znajomymi z Katowic. Niestety długo nie wytrzymali bo komary były wyjątkowo złośliwe. Zostaliśmy sami. Zmuła była jak cholera ! Mi się pić nie chciało bo po 1 z kim ? Po 2 żołądek bolał. Dziewoje (Sylwia & Foszka) się napiły i było dosyć śmiesznie momentami. Miały słabe głowy więc wieczór skończylismy znowu dosyć wcześnie. Gdzie sie podziały czasy że chodziło się spać o 3-4 nad ranem jak już słońce wstawało ?? No gdzie pytam ja sie ?? A to były najlepsze czasy. Szkoda że dziewczyny z Katowic nie przyjechały :-( bo z pewnoscią wieczory byłyby dłuższe i ciekawsze. We czwartek jeszcze zrobiliśmy grilla na szybko i popływaliśmy. Robiliśmy z Karolem peryskopy i wieloryby :-D O jak się wyluzowali ;-P A Paulina tylko zerkała co to za okazy pływają ;-P Wcześniej dowiedzieliśmy się też że Sylwi mama zdecydowała za nas o której mamy być w domu. Oczywiście nikomu się to nie spodobało a i tak zrobiliśmy po swojemu i byliśmy dopiero wieczorem :-P W drodze powrotnej zajechaliśmy do Augustowa na lody i nad jez. Necko z pięknym molem i widokami, których niektórzy nie doceniaja. Sylwia tak się spieszyła do domu że mówiła "chodźcie wracamy bo ja się spieszę do domu" a po chwili "może na gokarty pójdziemy ?" :]]]] Wyjazd oceniam na średni ale to i tak lepiej niż siedzieć w chacie i nicnierobić :-) Haha już nie mogę się doczekać następnego wyjazdu :-P

skomentuj (2)

Wypad do kina samochodowego. 2009-06-29 00:30:46

Zamulałem w hacjendzie aż w końcu zadzwonił Carl z dobrym pomysłem co by pojechać do galerii podlaskiej do kina samochodowego. Zgodziłem się po krótkim namyśle, bo co będę siedział w chacie ? :-P Umówiliśmy się w umówionym miejscu o umówionej godzinie, czyli pod MarcPolem. Wsiadam, patrzę, a tu Dianka skakanka ze swoimi świetnymi dołkami :-) a z przodu siedziała Paulina, pseudonim "foch" :-P Wyjątkowo miała dobry humor ale i tak jej go później zepsułem :-) Pojechaliśmy na "o dwóch takich co poszli w miasto". Na miejscu czekał już Kondziu ze swoją "gitarą". A  że do filmu zostało sporo czasu to sobie pogadaliśmy, pośmialiśmy się i było dżi (jak to mówił mój kapral). Oglądaliśmy film, było śmiechowo, chociaż samym filmem nie byłem zainteresowany za bardzo. Potem spotkaliśmy Yurka, który żywi się jogurtami i keczupem :-) Pojechaliśmy na chawirę i tak się skończył dzień piąty. Czyli skończył się super. Zdecydowanie za mało mam takich atrakcji a za dużo siedzenia w domu. Mam nadzieję że to szybko zmienię...

skomentuj (0)

Danio 2009 część druga (nie ostatnia) 2009-06-24 23:11:28

22 czerwca. Spakowany raczej "na odwal", zabierając tylko to co przyszło do głowy, kieruję się do auta. A był to czarny Lexus... ok, zagalopowałem się ;-) Poznałem 2 osoby, w tym królewnę co nie chciała powiedzieć na którym zamku straszy :-D (dziewczyno dorośnij i spuść z ręcznego to Ci w życiu lepiej będzie). Pojechaliśmy... jak zwykle kupa śmiechu w trasie ("ale z tyłu są tylko 3 miejsca i już zajęte... to my przyjdziemy z własnymi siedzeniami" :-D ), po drodze zakupy. Chłopaki kupili sobie ręczniki, niestety męskich nie było :-D W Augustowie spontaniczny wypad na gokarty... były dwie stłuczki :-P Za pierwszym razem Karol zahaczył o opony co zaowocowało moim zahaczeniem o jego bolid :-) Drugim razem tego samego kierowcę zarzuciło na zakręcie i tu moje pierd*****cie było już mocniejsze :-) Przy okazji połamałem barierkę. Ale najważniejsze że nic nikomu się nie stało ;-P Dalej pojechaliśmy do Danio. Byliśmy głodni więc od razu rozpaliliśmy grilla a na ruszt wskoczyła karkóweczka i kiełbaska. Poszliśmy z Tomkiem do baru podczas gdy Karol "nawracał" sfochowane dziewczyny. W barze oczywiście zmuła, Tomek wpadł na pomysł żeby wypożyczyć rowery wodne co też uczyniliśmy :-) Była gitara, mimo że słońce smaliło w dyńkę. Przy okazji trochę poruszałem nogami co ostatnio też nie jest u mnie zbyt częste :-P Trochę "pośpiewaliśmy" piosenki które Tomek puszczał z komóry. Ten śpiew nadaje się w sam raz na smog.pl i inne jutuby. Po jakimś czasie dołączyła do nas pozostała trójka. Carl i Pałulina postanowili popływać. Pomyślałem sobie że i ja wskoczę, mimo że jakoś niechętny jestem na machanie rękami i nogami w wodzie, za to lubię pomoczyć tyłek. Przy okazji zaliczyłem swój pierwszy raz (jeżeli chodzi o pływanie :-) ) w jeziorze Blizno. Doszedłem do wniosku że jednak czasem lubię popływać, a tylko w mojej głowie wytworzyła się jakaś blokada która mówiła "Marcin, ty nie lubisz pływać". Do pokoju wracałemna bosaka :-) Wieczorkiem rozpaliliśmy ognisko przy którym znowu siedziałem tylko z Tomkiem bo reszta spędzała czas na pogaduchach i fochowaniu. Przy okazji spożywaliśmy sok 40-procentowy. W końcu się wkur****śmy i poszliśmy do obory :-P Swoje zdanie powiedziałem na temat "spędzanego razem czasu" a że wkurwienie nadal tkwiło we mnie, a krzesło stało na drodze, to w  wyniku tej reakcji chemicznej powstały dwie dziury w ścianie. Wróciliśmy na ognisko. Co się później działo to już nie pamiętam :-P A niektórych rzeczy nie będe pisał bo mogą to czytać osoby które nie powinny ;-) Następnego dnia pojechaliśmy do Tobołowa po jagodzianki. Na szczęście wyszły już z pieca ;-) Potem pojechaliśmy do Augustowa, zaszliśmy w kilka miejsc (fryzjer, sklep, salon gier i zabaw :-P, dworzec), aha i jeszcze po gips, co by te dziury w ścianie załatać :-P W danio ponownie wyskoczyliśmy do baru i na rowery. Z tym że 6 osób na rower wodny dwuosobowy to trochę za dużo :-P Ponownie wskoczyłem do wody żeby sprawdzić czy jest odpowiednio mokra. Na sam koniec pływania na rowerze zalał się Pauliny telefon co oczywiście skończyło się kolejnym humorem. Jestem w stanie zrozumieć pewne rzeczy ale niektórych gierek manipulacyjnych nie przełknę. Wieczorkiem znowu zrobiliśmy ognisko i znowu wieczór wyglądał podobnie. "Imprezę" uratowała koleżanka. Co się dalej działo, też nie wypada mi pisać :-P Z rańca trochę pospałem. Chłopaki pojechali po zakupy, Tomek zrobił grilla, Karol pożyczył Pauliny ;-) no i wstałem w końcu. Z przepitym głosem :-P Jeszcze z Tomkiem zdołaliśmy odwiedzić bar. Wróciliśmy, spakowaliśmy się, zostawiliśmy kilka niespodzianek i wróciliśmy do domu. Cali i zdrowi :-P Ja nawet zdrowszy niż 3 dni wcześniej :-) I tak dzięki wszystkim za wyjazd ! P.S. Zrzuta dla mnie na lustrzankę cyfrową :-P

skomentuj (0)

Danio 2009 wyjazd pierwszy. 2009-06-11 19:40:33

8 czerwca wyjechaliśmy na wcześniej ustalony "urlopik" do Danowskich w składzie Ja, Agata, Tomek i Karol. Miejsce znane nam od wielu lat. Zdarzało się że w ciągu jednych wakacji wyjeżdzaliśmy tam 3 razy. Do tego dnia nie zdarzyło się jeszcze żebyśmy tam pojechali po pierwsze na początku czerwca, po drugie - na pokoje. Zawsze pod namiotem (niektórzy w przyczepie campingowej), gdzie o godzinie 6 rano budziłem się zlany potem w upalne dni, lub kilkakrotnie w nocy z powodu zimna :-) Tym razem nie trzeba było zabierać namiotów, materacy i innych zawalających miejsce rzeczy. Nasz pierwszy przystanek mieliśmy na osiedlowej "bliskiej" gdzie zaopatrzyliśmy się w piwo oraz paliwo :-) W drodze wypiliśmy po małym, oczywiście kierowca nie pił :-) Zajechaliśmy na miejsce. Od zeszłego roku niewiele się zmieniło. Został powiększony pomost a właścicielka wkrótce powiekszy rodzinę :-) Zrobiliśmy mały spacer i poszliśmy się rozpakować. Na obiad pojechaliśmy do Augustowa, zjedliśmy pizzę w park pubie. Mogliby zainwestować w światła bo ciemno tam jak w d... u Murzyna. Pograliśmy w piłkarzyki - jak zwykle było głośno :-) Potem poszliśmy na lody a na koniec mieliśmy trafić na quady. Niestety nikt konkretnie nie wskazał nam drogi na nie i ostatecznie skończyliśmy na torze kartingowym. Zabawa była przednia. Pierwszy mój bolid miał przyspieszenie i prędkość, ładnie driftem wchodziłem nim w zakręt i mimo mojej masy zdołałem wyprzedzić innych uczestników ruchu ;-) Raz się zatrzymałem na oponach i miałem kłopot z wycofaniem, niestety te maszyny nie mają wstecznego :-P Drugim bolidem już nie było tak różowo, wyprzedzali mnie jak chcieli i już nie miałem takiej frajdy. Wieczorkiem poszliśmy do starego baru "trzy jeziora" ale był zamknięty, więc skazani byliśmy na nowy bar, gdzie podają paskudne jadło i równie dobre piwo. Poza tym ceny w tym barze odstraszają. Wróciliśmy na pokoje, mieliśmy zrobić grilla ale byliśmy zmęczeni i śpiący więc darowaliśmy sobie. Następny dzień wyglądał podobnie. Śniadanie zjedliśmy na podwórku, obiad znowu w Augustowie. Pół dnia smażyliśmy się na słońcu, pozostała trójka nawet popływała. W tym składzie humor nam się wkręca niesamowity. Nasza wyobraźnia i pomysły nie znają granic :-) Układaliśmy piosenki które zakończenie miały takie same, np. "plażą szły zakonnice... i poznałem co to sex" :-) Wracając do dnia spędzonego w Augustowie... obiad tym razem zjedliśmy w restauracji. "Kochanie, dobre robisz te de volaie" :-D Jak zwykle pożartowaliśmy sobie :-D Po obiedzie znowu lody, tym razem z innej budki, a po lodach quady... wróć, formuła 1. Poprosiłem o dobry bolid i dostałem, najszybszy i najlepszy # 7. Wystartowałem ostatni ale byłem pierwszy :-) Przyspieszenie, predkość i piękne wchodzenie w zakręt - to to co sprawiło że byłem # 1. Potem ten bolid oddałem Tomkowi. Dostałem drugi który był wolniejszy, trzeba było się namęczyć żeby osiągnąć satysfakcjonującą prędkość. Ze skręcaniem miało to niewiele wspólnego. Połowa ostrych zakrętów mogła się skończyć na oponach gdybym nie spuszczał nogi z gazu. Nie byłem zadowolony jazdy tym gokartem ale ogólnie było super. Potem poszliśmy na molo, gdzie zrobiliśmy dzisiątki zdjęć i zobaczyliśmy zachód słońca. Wieczorem odpaliliśmy grilla i zjedliśmy karkówkę. No i spanie. Rano pojechaliśmy do Tobołowa po świeże jagodzianki prosto z pieca i kiełbasę wiejską, jeszcze ciepłą. W tym miejscu muszę dodać "Jadźka !!! Jagodzianki wyszły z piecaaa !!! ??" Omal nie parsknęliśmy śmiechem na tą rozmowę telefoniczną :-D Niestety trzeba było wracać do domu. Pod Białymstokiem korki z powodu budowy dróg i z powodu naczepy tira która wjechała w przystanek. W Białym również korki. Trochę zmęczeni dojechaliśmy do domu. Wyjazd był super, szkoda tylko że krótki. Ale wakacje jeszcze się nie zaczęły :-)

skomentuj (1)

[ Copy this | Start New | Full Size ]
Księga Gości



stat4u